środa, 23 września 2015

DROGA DO UKOJENIA – KATARZYNA ŁOCHOWSKA: Fragment promocyjny





Dzisiaj post baaaardzo długi, ale mam nadzieję, że przyjemny. Dlaczego? Bo oto prezentuję Wam fragment mojej powieści Droga do Ukojenia. Mam nadzieję, że się Wam spodoba i zachęci do lektury. Jest to wstęp oraz rozdział pierwszy z książki. Komentarze mile widziane :)

Wolisz przeczytać w PDF? Fragment znajdziesz tutaj:

Drogę do Ukojenia znajdziecie w swoich ulubionych księgarniach. Pełną listę sklepów TUTAJ.








FRAGMENT PROMOCYJNY:

Wszelka zbieżność osób i sytuacji jest zupełnie przypadkowa, dlatego autorka nie bierze odpowiedzialności, jeżeli ktokolwiek dopatrzy się zaistniałego podobieństwa wśród wymienionych w tej książce wydarzeń, które wydadzą mu się podobne lub… takie same, jakie przeżył w odległej przeszłości.

A Ukojenie naprawdę istnieje.



1. Powroty, odwroty, zderzenia czołowe 

Pamiętam ten dzień, jakby to było zaledwie wczoraj. Stałam na przystanku i nawet nie patrzyłam za odjeżdżającym autobusem. Trzymałam w dłoni rączkę walizki na kółkach, która w tym momencie stanowiła cały mój świat. Wpatrywałam się w drogowy znak z napisem Ukojenie, który wręcz drwił ze mnie każdą swą białą literką i paskudnym zielonym tłem. Wdychałam powietrze tak inne od tego „starego” i rozpoczynałam nowe życie. 

A przynajmniej tak sobie wmawiałam, idąc wyasfaltowaną drogą w stronę domu. Mówiłam sobie wtedy: „Katarzyno, rozpoczynasz nowe życie. Nic, że masz trzydzieści lat. Jesteś świeżo upieczoną rozwódką i dokładnie w tym momencie świat otwiera przed tobą nowe drzwi”. I tak idąc, ciągnąc za sobą walizkę na chyboczących się kółkach, uparcie przekonywałam swój umysł, że wszystko zrobiłam dobrze. A po policzkach spływały mi strumienie łez.

Wszystko zaczęło się na studiach, a przynajmniej wtedy zaczęłam notorycznie popełniać błędy. Byłam początkującą pisarką, a pierwsza powieść odniosła spory sukces i w moim, jakże jeszcze naiwnym umyśle, zaczęły się rodzić nowe pomysły i wielkie plany. I choć początek był naprawdę udany, to potem popełniłam największy błąd mojego życia. Mianowicie ja, Katarzyna Malinowska, zakochałam się w Dariuszu Jakubowskim i cała w skowronkach pognałam do ołtarza. Mój Dareczek – cudowny „mysio-pysio”, co to rączki na muchę nie podniesie, a i w domu porządku nie zrobi, bo z pewnością coś popsuje – rzeczywiście był dla mnie spełnieniem dziewczęcych marzeń. 

Skończyłam studia dziennikarskie, zatrudniłam się w jakimś podrzędnym brukowcu, co jakiś czas wydawałam kolejne książki, próbując wszystkimi dostępnymi środkami zarobić na wymyślne ekscesy mojego małżonka i tak idylla trwała w najlepsze. Do czasu, aż Darunio nie zapragnął przedłużyć rodu Jakubowskich. Przez rok się starał, dmuchał, chuchał, a ja przechodziłam załamania nerwowe i kolejne małżeńskie spięcia. Darek o lekarzach nawet nie chciał słyszeć, twierdząc, że nie ma zamiaru wydawać pieniędzy. Wolał się na sąsiadce sprawdzić. Chłopina nie mógł wytrzymać ani minutki dłużej, bo niewyżyty był chorobliwie. I tak, po tylu zabiegach, urodził mu się pierworodny. 

A ja znosiłam jego awantury: „Że Jola, to może, a jemu się wybrakowany towar trafił” – i znosiłam jego zabiegi upiększające. I gdybym się nie otrząsnęła z mojej własnej głupoty, nadal chodziłabym z pięknymi cieniami wokół oczu, serwowanymi przez pięści Dareczka.

Sytuacja całkowicie mnie przerosła. I zabrakło kolejnych publikacji, bo do tego trzeba choć trochę zaangażowania. 

Mimo zaoszczędzonych pieniędzy miałam przy sobie tylko kilka ubrań na zmianę, książki i laptop, na którym już nigdy nie miałam napisać choć słowa. Wracałam do mojego rodzinnego domu, tak oddalonego od zgiełku dużego miasta, do którego już zdążyłam przywyknąć. Raz po raz rozglądałam się po okolicy i zastanawiałam się, jak mogłam wyrzucić to miejsce ze swojego serca.

Ukojenie było jedynie niewidoczną kropką na mapie. Jedyna droga, wyasfaltowana ku czci i uciesze mieszkańców, oczywiście wyproszona u wójta, a i z pewnością tęgo wymodlona u proboszcza – zaczynała się jedną górą, a kończyła drugą. Przy tej jednej „autostradzie” leżał mały staw. Nie do końca wiadomo, jak powstał, ale latem zachwycał swym osobliwym urokiem i przyciągał grono plażowiczów. Nad nim wznosił się dosyć spory pagórek obrośnięty gęsto drzewami, który niczym smok strzegł atrakcji Ukojenia. Nie zabrakło również starej figurki, pod którą swego czasu starszyzna śpiewała majówki. 

Tak oto, przy tej jedynej drodze wyrosło kilkanaście domów i przez lata egzystowało, utrzymując się głównie z ciężkiej pracy na roli. Bo ziemi rolnej i lasów Ukojenie miało pod dostatkiem. Gdzie okiem sięgnąć, tam rozciągał się las: liściasty, mieszany, iglasty. W czasie sianokosów Ukojenie pachniało przecudnie, a człowiek nie chciał go już opuszczać. Między innymi, dlatego kilku odważniejszych, znudzonych miastowym przepychem, ludzi postanowiło zapuścić tutaj korzenie i pobudować domy, dając sąsiadom urozmaicenie w jednostajnej, ale jednocześnie tak wielce kolorowej, codzienności.

Ja również wracając po tylu latach, przypomniałam sobie piękno i to szczególne „coś”, co oddawała nazwa wioski. Bo rzeczywiście, patrząc na te połacie zieleni, łany zboża lub świeżo skoszoną trawę, człowiek w jakimś stopniu doznawał ukojenia.

W końcu dotarłam do domu, a uśmiech sam wypłynął mi na usta. Dom stał wciąż nieporuszony, chociaż tak wiele razy mówiono, że osiada i nie wytrzyma kolejnych dziesięciu lat. A tu proszę! Stoi, nic sobie nie robiąc z czarnego proroctwa właścicieli. „Ja nie wytrzymam?” – zapewne myśli. I na złość skrzypi, pęka, osiada, ale stoi. Żółta farba mocno już wyblakła, a i balkonowej barierce przydałoby się malowanie, ale chatynka – choć była dosyć duża, bo piętrowa, z trzema sypialniami, łazienką, kuchnią, a nawet garażem, to nadal chatynka – prawie się nie zmieniła.

Otworzyłam furtkę, szczerze mówiąc, z ciężkim sercem. Doskonale wiedziałam, że w tej zabitej dechami dziurze nie znajdę szybko pracy, jeśli w ogóle jakąś dostanę. Do książek, choć przykro się przyznać, nie miałam już serca, a większość oszczędności pochłonęły aspiracje Jaśnie Pana Jakubowskiego, a potem upragniony rozwód. Dlatego miałam wrażenie, że zwalam się rodzicom na głowy niczym tani naciągacz, by wyjadać z ich lodówki i marnie egzystować za ich rentę. Nie pomagał mi również fakt, że mimo moich już bez mała trzydziestu lat, nie potrafiłam wystarczająco o siebie zadbać. Wiele razy mówiłam sobie: „Bo ciebie jedną tak załatwił? Na świecie jest wielu takich Dareczków, co to do rozpaczy doprowadzają Bogu ducha winne białogłowy. Teraz się wyrwałaś z tego piekła i tylko to się liczy”.

Podchodząc do drzwi, czułam powiew lekkiego strachu. Nacisnęłam dzwonek i czekałam na jakikolwiek znak po drugiej stronie. Drzwi się otworzyły i stanął w nich mój tata.

Był potężnym, wysokim mężczyzną, zaprawionym w ciężkiej pracy rolnika. Jego ogorzała od słońca twarz, nosiła ślady wielu lat trosk, jak również radości. Niegdyś kruczoczarne, teraz oprószone siwizną włosy, były gładko zaczesane do tyłu, uwydatniając szlachetne rysy. W bystrych niebieskich oczach zaczaił się psotny ognik, który nie przygasł w ciągu tych kilkudziesięciu lat. Mimo przekroczonej już pięćdziesiątki mój ojciec miał na sobie sprane dżinsy i koszulę w szkocką kratę. Wyglądał niczym kowboj żywcem wyjęty ze starego westernu lub amerykański ranczer. Brakowało mu jedynie dubeltówki i kapelusza, które nota bene posiadał i używał z wielką przyjemnością. 

Stał oparty o futrynę, zastawiając swoją osobą całe wejście. Zmarszczył mocno brwi i ruszył swym zadbanym wąsem. Wstrzymałam oddech, próbując rozszyfrować jego ukryte emocje i zamiary.

– Panna zabłądziła? – zapytał swoim głębokim głosem. – Czy czymś handluje?

Chciałam się roześmiać i beztrosko zapytać: „Córki nawet nie poznajesz, wielkoludzie?” Niestety żadne beztroskie słowa nie chciały mi przejść przez gardło.

– Rozwiodłam się, tato – szepnęłam tylko.

I zanim zdążyłam rzec to wyjąkane „ta-to”, już tonęłam w objęciach Zbigniewa Malinowskiego, zostałam wciągnięta do domu i usadzona w znajomym, porządnie wygniecionym fotelu. 

Zaaferowana Janeczka Malinowska zaraz zakrzątnęła się wokół mnie, znów spłakanej i siorbiącej nosem. Wcisnęła mi na pokrzepienie kubek parującej herbaty malinowej i usiadła niczym oaza spokoju, naprzeciwko mnie. Korpulentna kobietka, z włosami ściągniętymi w węzeł na karku i dobrodusznym spojrzeniem, potrafiła ojca, chłopa jak sto pięćdziesiąt, usadzić jednym spojrzeniem. Za nic miała również jego wybuchy gniewu, które teraz od razu uciszyły moje spazmy rozpaczy.

Bo tatko szalał po pokoju, jakby miał zamiar gołymi rękami roztrzaskać mury. Naraz złapał wspomnianą wcześniej dubeltówkę alias Krystynę, którą pieszczotliwe wypolerował na glanc, przy czym wrzeszczał wniebogłosy swym donośnym basem.

– Ja tego łachmana ze skóry obedrę! – krzyknął, aż kropla herbaty wyskoczyła z mojego kubka. – Ustrzelę jak psa!

– Uspokój się, Zbysiu – powiedziała Janeczka Malinowska. – Bo znowu ciśnienie ci skoczy i na pogotowie trzeba będzie jechać – mitygowała rozeźlonego męża, oczywiście spokojna jak zawsze. 

Ojciec jednak nie słuchał maminych ostrzeżeń. Wypadł z domu jak opętany, ściskając zbielałymi pięściami Krystynę. Mama jedynie pokręciła głową zdegustowana jego popędliwym zachowaniem, a ja zaczęłam się martwić, co by tatko nie pognał do Warszawy, żeby „ustrzelić go jak psa”.

– A ten jak zawsze w gorącej wodzie kąpany – rzuciła mama. – Jak trochę postrzela, to zaraz mu złość minie i trochę przejrzy na oczy. A teraz opowiadaj o tych wszystkich latach, co je tak skrzętnie przede mną ukrywałaś.

No i opowiedziałam, zaczynając od w miarę dobrego początku i na rozwodzie kończąc. To, co zataiłam, mama domyśliła się sama. Wstyd mi było, że przez tyle lat okłamywałam rodziców i wmawiałam im, że jestem szczęśliwą mężatką. „Tak bardzo się z Dareczkiem kochamy, a siniak… Spadłam ze schodów i złamałam ten palec, rękę, żebro...” Siedziałam więc w fotelu i patrzyłam na Janeczkę, jakby była lekiem na całe zło tego świata.

– Powinnam kupić ojcu bilet do Warszawy – powiedziała rozeźlona. – Kryśka miałaby dopiero używanie.

Mimowolnie uśmiechnęłam się pod nosem, wiedząc, że Kryśka jest tą trzecią, zaraz po mamie i mnie, kobietą w życiu taty. A jeśli nawet tatko znalazłby sobie jakiś inny zamiennik, Janeczka zrobiłaby użytek z wybuchowego charakteru Krystyny i razem odstrzeliłyby głowę najpierw rywalce, a potem panu Zbysiowi.

Po wypiciu krzepiącej herbaty, moje łzy w końcu przestały płynąć. Pewnie wypłakałam już wszystkie, zbiornik wysechł. I tak siedząc sobie w wygodnym fotelu, zdałam sobie sprawę, że powinnam skakać z radości, a nie rozpaczać nad nagle przywróconym stanem panieńskim. Właśnie to powiedziałam mamie, a ona jedynie roześmiała się.

– Oj, powinnaś – powiedziała tylko.

Uspokoiłam się już dostatecznie, gdy tata wrócił, niosąc dubeltówkę na ramieniu. Uśmiechał się od ucha do ucha i gwizdał jakąś skoczną melodię. Zdziwiło mnie to i w pierwszej chwili pomyślałam, że odstrzelił jakiegoś Bogu ducha winnego sąsiada. Tatko jednak rozsiadł się w osławionym już fotelu i uraczył się kieliszeczkiem nalewki żurawinowej. Janeczka jedynie popatrzyła na męża z dezaprobatą i zanim zdążył powtórnie napełnić kielonek, zabrała karafkę i umknęła z nią do kuchni.

– Oddaj butelkę, kobieto! – powiedział głośno. – Dzisiaj świętujemy! Córka marnotrawna do domu wróciła!

– Będziesz sobie w niebie balował, jak ci już pikawa wysiądzie! – wrzasnęła z kuchni mama.

– To ci hetera jedna – mruknął pod nosem tata. – Co się tak czaisz, dziewucho? – powiedział do mnie, uśmiechając się jednocześnie. – Na wsi nie będziesz miała czasu na smutki. I popracujesz, i miłostkę znajdziesz.

– Chyba konopczyńskiego barana pocałuje, a ten się w księcia zamieni – mruknęła Janeczka, przecierając zamaszyście dębowy stół.

– Zamilcz, głupia babo! Jak mówię, że znajdzie, to znajdzie. A ja jeszcze się nigdy nie pomyliłem – powiedział dumnie, machając ostrzegawczo palcem. – No, może z raz. – Spojrzał przy tym wymownie na mamę i mrugnął do mnie zawadiacko.

– Tato, mam trzydzieści lat. Nie w głowie mi miłostki.

– Nie mów hop! – rzucił przebiegle. – Zakładam z Konopczyńskim interes – wypalił nagle, a mama westchnęła ciężko i złapała się pod boki.

– Tato! – rzuciłam, zanim mama doszła do słowa. – Przy twoim zdrowiu jeszcze kłopotu sobie narobisz. Po co ci to na stare lata?

– Słyszałaś, Janka! – huknął. – Ojca już uśmierciła.

– Prawdę powiedziała, ty stary trepie – rzuciła mama. – Leśnictwa i gospodary ci wystarczy, a nie zabawy w biznesmena!

– Ach, te baby. Z nimi to zawsze jakieś problemy – mruknął niepocieszony tatko. – Idę do Antka. Tam przynajmniej możemy w spokoju o przyszłości podyskutować.

– Już widzę, jaka to będzie zawzięta dyskusja – rzuciła mama, a tata wyszedł, machając jedynie ręką. – Jak się tym konopczyńskim bimbrem zaczną raczyć, to wszystkie plany spalą na starcie – powiedziała do mnie. – Może się rozpakujesz, a ja w tym czasie przygotuję coś dobrego do zjedzenia?

– Bardzo dobry pomysł – powiedziałam i ruszyłam na górę z moją jedną, leciuteńką walizką.

Z porażającą wręcz ciekawością zmierzałam ku mojemu dziecięcemu azylowi, który pożegnałam kilka lat temu i z utęsknieniem czekałam na kolejne spotkanie. Jak wielkie musiało być moje zaskoczenie, gdy okazało się, że w moim pokoju praktycznie nic się nie zmieniło, a jedynie kurz nie zalegał na półkach, znakiem czego Janeczka raz w tygodniu urządzała tu sobie potańcówkę z odkurzaczem i kolorową szczotką „kurzołapką”.

Moje ukochane książki stały sobie w biblioteczce, która zajmowała całą ścianę i we względnym spokoju czekały na mój wielki powrót. Zgromadziłam je jeszcze za gimnazjalnych i licealnych czasów i dzięki nim przeżyłam tyle niesamowitych przygód i zwiedziłam kawał świata. Teraz ich widok sprawił, że usta rozciągnęły mi się w zdrowym uśmiechu, rozbijając fałszywą „gębę” i ostatecznie kończąc z miastowym „upupieniem”. 

Szybko rozpakowałam znikomą ilość ubrań, ze smutkiem myśląc, że ten marny zapasik będzie musiał mi wystarczyć na dłuższy okres. Poczułam się zupełnie jak mała dziewczynka, gdy usiadłam na mojej starej kanapie i podskakując kilkakrotnie, sprawdziłam pierwszorzędną jakość sprężyn. Przeciągnęłam palcem po chropowatej nawierzchni biurka, z zadowoleniem klapnęłam na fotel obrotowy i okręciłam się kilka razy. Z nienaturalnym spokojem ułożyłam mój wysłużony laptop na specjalnej podstawce i uśmiechnęłam się smutno, gdy moją głowę zaatakowały wspomnienia. Właśnie tutaj zaczęłam pisać moją pierwszą książkę i nawet sobie nie wyobrażałam, że kiedykolwiek ujrzy ona światło dnia. 

Cóż… teraz komputer pewnie zrobi sobie zasłużony odpoczynek, bo żadne słowa nie były w stanie logicznie ułożyć się w mojej głowie, palce odmówiły stukania w klawiaturę, a mózg powiedział adios i przeszedł w stan uśpienia.

Wyszłam z pokoju i pomyślałam, że nadeszła pora gruntownego zwiedzania. Postanowiłam, że zobaczę słynne widoki Ukojenia, charakteryzujące się tak rzadko spotykaną w mieście nicością. Miałam nadzieję, że poprawią mi one humor i choć trochę przypomną szczenięce lata. Podążyłam więc za modą, która wkradła się na salony i jak rasowa miastowa, uciekłam na wieś. A raczej wróciłam...

Wybiegłam z domu, jakby goniło mnie stado dzikich koni, nie chcąc wdawać się w ponowną pogawędkę z mamą. Nie miałam siły znów przeżywać wszystkiego od początku, nawet jeśli miałoby mi to przynieść ulgę. Zauważyłam jedynie, jak firanka w oknie śmignęła, zdradzając panią Malinowską i jej wrodzoną finezję w ukrywaniu się. Pomachałam jej ręką i uśmiechnęłam się, aby tylko nie pomyślała, że postanowiłam wrócić do Warszawy i nie zaczęła mnie gonić. To dopiero byłby widok.

Zamiast dumnie przedefiladować główną aleją, by uczcić wyasfaltowaną chlubę wsi, znalazłam jakąś wydeptaną ścieżynkę i dziarsko ruszyłam w stronę dzikich, niezdobytych stepów. Nie chciałam, żeby mieszkańcy od razu mnie wypatrzyli i wzięli na języki. Dobrze wiedziałam, jak działa poczta pantoflowa, która swoją szybkością zawstydza najlepsze łącze internetowe, a miejscowy żywy monitoring już z pewnością węszy w pobliżu.

Słońce pięknie przygrzewało, a przede mną rozciągały się przeogromne połacie ziemi obsiane zbożem oraz soczyście zielone pastwiska. Wszystko otoczone było wysokim murem lasu, zupełnie jakby Ukojenie stanowiło zamkniętą wyspę zabezpieczoną ochronnym kokonem z drzew. Świeżą trawę powolnie skubały znudzone krowy i konie, które swobodnie chodziły po łąkach, bo elektryczny pastuch pilnował porządku. Najwidoczniej tutaj również dotarła nowa technologia i pomogła mieszkańcom w prowadzeniu gospodarki. Delikatny wietrzyk pokładał wysokie łany zbóż, które wypełniały świeże powietrze cudownym szumem.

Tak… rzeczywiście wszystko wyglądało bardzo pięknie i po tylu latach spędzonych w ciasnym mieście, poczułam prawdziwą wolność i przestrzeń. Tylko… ile można zachwycać się polami? Wszystko ładne i piękne, ale to nic w tym momencie dla mnie nie znaczyło, bo moje życie kruszyło się w rękach, a stabilność emocjonalna drżała w posadach.

Westchnęłam ciężko i zaczęłam powoli wracać do domu. Ta nagła cisza przerażała mnie, zupełnie jakby była zwiastunem czegoś bardzo złego. Zdążyłam się przyzwyczaić do ciągłego zgiełku, huku samochodów i głośnych dźwięków klaksonów. Ukojenie wydawało mi się miejscem oderwanym od rzeczywistości, które zamarło na lata, a czas przestał płynąć. Bardzo pragnęłam w nim zostać już na zawsze, ale jednocześnie ściskała mnie przerażająca panika i obezwładniający strach. 

Nagle usłyszałam jakieś głosy i stanęłam jak wryta. Rozejrzałam się wokoło. Nie odeszłam aż tak daleko od domu, żeby poczuć się w niebezpieczeństwie. Kilka metrów dzieliło mnie od naszego płotu, ale nigdzie nie spostrzegłam żywej duszy. Uznałam, że to tatko musiał wrócić od pana Antoniego.

Zaczęłam przerwaną wędrówkę i znów doleciało do mnie skryte szeptanie. Podbiegłam do płotu i kucnęłam, aby ewentualny napastnik nie mógł mnie dostrzec. Powoli przesuwałam się do przodu z myślą, że będę się drzeć, ile wlezie, jeśli za rogiem czai się ukryty wróg. Już byłam na samym końcu, zaczekałam chwilę, by zebrać odwagę i spojrzeć zza rogu ogrodzenia. Wciągnęłam głęboko powietrze i szybko wychyliłam się zza ochronnego muru.

Nieznajomy napastnik mnie zaatakował i uderzył czymś mocno w czoło. Siła uderzenia odrzuciła mnie do tyłu i upadłam na wydeptaną ścieżkę.

– Pogięło cię! – Usłyszałam gniewny krzyk atakującego. – Ała…

Otworzyłam oczy i delikatnie podniosłam się do siadu, pocierając bolące czoło. Zrobiłam niezrozumiałą minę i patrzyłam się z otwartymi szeroko oczami na mojego przeciwnika. Naprzeciwko mnie leżały dwie kobiety, a jedna z nich, tak samo, jak ja, pocierała swoje czoło. Już zdołała się pozbierać i siedziała na ziemi, klnąc na czym świat stoi. Ta druga natomiast leżała bez życia, a jedyną oznaką jej obecności były rozłożone nogi, między którymi siedziała ta pierwsza.

– Co to miało być? – wrzasnęła jasnowłosa kobieta i popatrzyła na mnie z jawną złością.

– To nie ja czaiłam się za rogiem! – krzyknęłam szybko na swoją obronę. – Czemu mnie szpiegujecie? 

Uniosłam się z ziemi i zignorowałam oszałamiający zawrót głowy. Blondynka zrobiła tak samo i podniosła swoją ciemnowłosą przyjaciółkę. Artystycznie otrzepałam siedzenie z piachu, patrząc z lekka nieprzyjaźnie na nieznajome kobiety.

–– To wolny kraj – parsknęła. – Wszędzie można chodzić. A poza tym, to ty nas znokautowałaś! Będę miała guza na środku czoła!

– To ty, Kaśka? – odezwała się niespodziewanie ciemnowłosa dziewczyna, a ja powoli zaczęłam rozpoznawać ten głos.

– Tak – odpowiedziałam mojej dawnej przyjaciółce, z którą dzieliłam każdą dziecięcą zabawę. – Miło cię widzieć, Asiu.

– Przepraszam, że nie przywitałyśmy się normalnie, ale nie miałyśmy pewności, czy to naprawdę ty. Proszę, poznajcie się. To jest Iza. – Wskazała na blondynkę.

– Izabela Mrówka – powiedziała tamta i energicznie potrząsnęła moją dłonią.

– Katarzyna Malinowska – rzuciłam cicho, przytłoczona jej śmiałością.

– Sprowadziłam się tutaj kilka lat temu i wiele o tobie słyszałam. Przepraszam za to całe zamieszanie. To był mój pomysł, a ja miewam czasem głupie pomysły – powiedziała, a jej twarz rozświetlił uśmiech.

Iza była bardzo ładną i wysoką kobietą o kształtnej i zaokrąglonej sylwetce, pełnych piersiach i długich włosach. W jej niebieskich oczach czaiły się psotne ogniki i dlatego od razu pomyślałam, że musi być chodzącą niespodzianką. W przeciwieństwie oczywiście do spokojnej Joasi, która była niższa od swojej koleżanki o całą głowę albo nawet trochę więcej i za nic nie chciała stać się ofiarą popędliwych języków wsiowego bractwa starszych pań.

– Zostaniesz na dłużej? – zapytała cicho Asia, swoim dziewczęcym głosem.

– Ja… – zająknęłam się. – Tak.

– Czy to prawda, że się rozwiodłaś? – palnęła Iza i popatrzyła na mnie z wyczekiwaniem. Otworzyłam usta, nie mogąc rzec ani słowa, bo zaskoczenie odebrało mi mowę.

– Skąd o tym wiecie? – zapytałam z niedowierzaniem.

– Och… wybacz – powiedziała Asia. – Twój tata powiedział mojemu. A ja Izie.

– Przecież to nic złego – mruknęła blondynka. – Robicie wokół aferę. Jak nie chcesz chłopa, to się rozwodzisz i po kłopocie.

– Ciekawe, czy ty ze swoim Mrówką też byś się rozwiodła – rzuciła podniesionym, piskliwym głosikiem Asia. – Nie wyobrażam sobie, jak bym mogła…

– Zostawić swojego Kubusia na pastwę losu – dokończyła za nią Iza, naśladując charakterystyczny głos koleżanki. – Mój Kubuś to, mój Kubuś tamto! A co z twoim panem serca? – zwróciła się do mnie.

– A mój to damski bokser – rzuciłam cicho i uśmiechnęłam się krzywo, chcąc ukryć swój smutek. 


Koleżanko – powiedziała rozwlekle Iza i objęła mnie po przyjacielsku ramieniem, jakbyśmy znały się już ładnych parę lat, a nie dopiero co przywitały się zderzeniem czołowym. – Ty się nie martw. Dobrze żeś zrobiła. Trzeba było tego pacana do pala przywiązać albo rozczłonkować – wysnuła swe drastyczne obrazy i puściła do mnie oko, a ja już musiałam się roześmiać. – Tutaj nie będziesz się nudzić. Oprócz nas są tu jeszcze takie dwie, co to wiejskim życiem są znudzone. Taka miastowa dziewczyna będzie chętnie u nas widziana. 


Dzięki – odparłam szczerze. – Widzę, że dużo się zmieniło od mojego wyjazdu. 


Nawet nie masz pojęcia – parsknęła Joasia. – Nie poznasz Ukojenia. Rozrosło się i przybyło paru mieszkańców. 

- W tym ja i mój Mrówka – pośpieszyła z wyjaśnieniem Iza. Zapoznamy cię ze wszystkimi. Nie musisz się o nic martwić. A ci, co cię nie poznają i tak będą wiedzieć o tobie wszystko.

Roześmiałam się.

– To akurat nie jest mi obce i doskonale to pamiętam – rzuciłam.

– Zapraszam cię na herbatkę – powiedziała uradowana Asia. – Musisz poznać mojego Kubusia. To znaczy… – Pacnęła się dłonią w czoło. – Przecież ty go znasz! Jakub Wilczyński.

– To ty teraz już nie Konopczyńska, ale Wilczyńska – rzuciłam lekko zaskoczona. – Pamiętam trochę Jakuba.

– Zakochana smarkula – mruknęła Iza. – W głowie jej się poprzestawiało od ślubu i już czwarty miesiąc trzyma. Ty to musisz mojego Mrówkę poznać. To jest dopiero chłop na schwał.

Spojrzałam na jej dumną twarz i pomyślałam, że jeżeli rzeczywiście taki z niego kawał chłopa, to musi być największym, przynajmniej dwumetrowym, facetem na wsi. 

– Jego też chętnie poznam – powiedziałam szczerze.

– Pani Policjantowa, niech się tak nie chwali – parsknęła rozeźlona Aśka.

– Cicho, pani Kubusiowa! Kasia jutro przyjdzie do mnie, bo Mrówka ma nocny dyżur i pozna resztę naszego towarzystwa. I nie martw się dziewczyno. – Poklepała mnie po ramieniu, mrugając porozumiewawczo. – Nie będziemy pić herbaty. Jeszcze została mi butelka konopczyńskiego bimbru. Bo najlepszy na smutki jest bimbru kielonek malutki. 

Roześmiała się i dziarsko ruszyła w swoją stronę. Pociągnęła za sobą malutką Asię i zaraz zaczęły się o coś zażarcie wykłócać, aż spłoszyły stadko gołębi, spokojnie skubiących coś na łące. Popatrzyłam na nie i zdałam sobie sprawę, że brakowało mi takich wzajemnych stosunków opartych na przyjaźni. I że bardzo podoba mi się otwartość Izabeli, która zamiast ranić, podnosi na duchu. Czułam, że szczególnie teraz potrzebuję kogoś silnego obok siebie, kogoś, kto dostrzeże, że niewiele mi brakuje do samodestrukcji. Kogoś, kto nie pozwoli, bym zamieniła się w szarą kupkę popiołu.

W Ukojeniu jest moja nadzieja, bo teraz nic innego ocalić mnie nie może.

23 komentarze:

  1. Całkiem to faine, i wciągające, i zabawne, i nieco sarkastyczne, i takie swojskie ;)
    Kasiu, Twoje okojenie ma zadatki na świetną historię ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Powieść taka właśnie jest. Mogę powiedzieć, że to dopiero początek całego ambarasu ;)

      Usuń
  2. Na początku myślałam, że to trochę nie moja bajka, ale widać, że osoby o zróżnicowanym guście znajdą w tej historii coś dla siebie. Hhhm... ślimaki? Ogólnie nie kupuję książek, bo rzadko czytam coś dwa razy (musi mi się coś naprawdę spodobać), ale czasami robię wyjątki, by patrzyć na cudo na półce i mieć je pod ręką. Blisko serca. Może tym razem zrobię wyjątek dla książki tak wspaniałej, młodej i jeszcze rozwijającej się pisarki? Chyba bardziej skłaniałabym się ku ,,Czekając na odkupienie''. Okładka jest genialna (!), naprawdę i widziałam wiele pozytywnych opinii (głównie na lubimyczytac.pl) i wydaje mi się historia ta niesamowicie oryginalna. A ja wielbię oryginalność.
    PS Skoro tak lubisz ,,Teen wolf'', zapraszam na mojego bloga z fanficiem tego serialu, choć mam zamiar niedługo zacząć to pisać od początku. Doktorzy mnie zainspirowali i chcę trochę zmienić, by wyszedł mój własny 5B, bo muszę na niego tak długo czekać, do stycznia...
    upadly-marzyciel.blogspot.com
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo... jak dobrze, że napisałaś, że prowadzisz jeszcze jeden blog. Z pewnością na niego zajrzę ;) "Czekając na odkupienie" również Ci polecam, choć jeszcze nie wiem, co z nim dalej będzie. Być może książka zaczeka na swoje wznowienie, ale o tym jeszcze za wcześnie, by mówić ;)
      Dziękuję za komentarz :)

      Usuń
  3. Fragment bardzo mi się podoba. Bardzo chętnie przeczytam książkę, tym bardziej że czytałam bardzo pozytywne recenzje na Lubimyczytac.pl ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Perypetie trzydziestoletniej rozwódki to zupełnie nie mój klimat, ale serdecznie gratuluję wydania książki! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Przyjemnie się to czyta! Poproszę o ciąg dalszy:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się :) Ciąg dalszy jest jeszcze lepszy (mam nadzieję :))

      Usuń
  6. To jest świetne, naprawdę! Bardzo mi się podobało, chcę ciąg dalszy :))
    pozdrawiam :)
    Latające książki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Mam nadzieję, że cała się spodoba ;)

      Usuń
  7. Bardzo zaciekawił mnie ten początek :) Chciałabym przeczytać więcej. Mało jest polskich autorów, którzy pisali by w tak interesujący sposób ;)

    Pozdrawiam :*
    Przeczytaj, zakochaj się...

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubuję się w takich klimatach, a bohaterka już zdobyła moją sympatię. Ten fragment mi się podoba ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Może cała książka przypadnie do gustu ;)

      Usuń
  9. Bardzo swojskie klimaty :D Zdecydowanie ten fragment mnie zachęcił do przeczytania całości! Mam nadzieję, że będę miała taką okazję.

    Masz świetny styl :D Aż Ci zazdroszczę. Ja mam historię, ale za nim dopracuję swój warsztat miną lata!

    Powodzenia w dalszym pisaniu :) Idę szukać jakiejś luki w budżecie książkowym dla Twojej pozycji :D

    A tu moje próby twórcze:
    http://artemis-shelf.blogspot.com/2014/07/blogi-zaprzyjaznione.html

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :D Kolejne książki już się piszą ;) Jeśli książka wpadnie w ręce i przypadnie do gustu, to chętnie przeczytam recenzję całości :D
      A Twoją twórczość bardzo chętnie poczytam i mam nadzieję, że kiedyś będę mogła potrzymać książkę ;)

      Usuń
  10. Jestem zachwycona! Podoba mi się postać Zbigniewa Malinowskiego! Myślę, że ta powieść szybko trafi w moje ręce :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Zapowiada się bardzo ciekawa lektura. Z chęcią przeczytam ją całą ;) Ogromnie gratuluję wydania książki. Naprawdę bardzo interesujący wstęp ;)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję :) Mam nadzieję, że jak książa wpadnie w Twoje ręce, to Ci się spodoba, a ja będę mogła przeczytać Twoją recenzję – jeśli Ci się nie spodoba, to równie chętnie przyjmę krytykę :P

      Usuń
  12. Bardzo podoba mi się fragment. Chętnie przeczytam całą książkę :) Lubię takie klimaty.

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za zostawiony ślad.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...